kraken darknet kraken darknet blacksprut blacksprut

Brazylia: Wśród indian Yanomami – powrót do lat dzieciństwa

Początek grudnia, zapada decyzja – płyniemy do Santa Isabel do Rio Negro, które staje się naszym nowym domem. Po 24 godzinach drogi łodzią, docieramy i natychmiast dowiadujemy się, że kolejnego dnia wypływamy do wiosek indian Yanomami.

Ta wiadomość bardzo nas cieszy; dla mnie to powrót, a dla Szymka pierwsze spotkanie z indianami. Miałam już okazję odwiedzić kilka plemion zamieszkujących tereny Amazonii, wyobrażałam sobie, że tym razem będzie podobnie, wiedziałam czego mogę się spodziewać. Po całym dniu drogi docieramy do wioski o nazwie Komixiwë, znajdującej się nad rzeką o nazwie Marauia. Większość wiosek indiańskich jest zlokalizowana blisko rzeki, to jedyne źródło wody dla mieszkańców. Stoi tutaj jedyny murowany dom – w latach sześćdziesiątych, salezjański misjonarz, jako pierwszy dotarł na te tereny i wybudował go na potrzeby misji. Nie wiem jakim cudem tego dokonał, skoro nawet dzisiaj wybudować coś przy rzece Marauia, jest nie lada wyzwaniem. To za sprawą pięciu wodospadów, które trzeba pokonać, aby dopłynąć do wiosek – należy bowiem wyładować na brzeg cały ładunek, a łódź przeciągnąć przez wodospad. Wygląda to mniej więcej tak, jak na zdjęciu poniżej. Jest to zadanie niezwykle męczące, zwłaszcza, gdy wiezie się rzeczy ciężkie, które trzeba potem przenieść z powrotem do łodzi.

Po pokonaniu tej męczącej i zarazem przepięknej drogi, w końcu dobijamy do brzegu wioski, gdzie wita nas gromada uśmiechniętych dzieci, tak ich dużo… wydaje się, że przybyły absolutnie wszystkie, aby nas przywitać. Niedługo potem okazuje się, że na około 200 osobową społeczność, ponad połowa to dzieci i to właśnie o nich chcę opowiedzieć, bo to one sprawiły i wciąż sprawiają, że Amazonia jest miejscem, do którego zawsze będę chciała wracać.

Zanim jedak przejdę do opowieści o cudownym dzieciństwie, nie powstrzymam się od napisania o urokach dżungli i o niespodziance, jaka czekała na nas w pokoju. Jako, że byliśmy jedynym małżeństwem, wśród ludzi z którymi płynęliśmy, dostaliśmy własny pokój. Zaczęliśmy rozpakowywać bagaże, gdy nagle moją uwagę przykuł pewien element na nodze stolika, byłam pewna, że to metalowe zdobienie, zbliżyłam się… a tam ogromny pająk, nie skłamię, jeśli powiem, że był wielkości rozłożonej dłoni, patrzył na mnie tysiącem małych oczu. Przez kolejne dwie noce, nasze hamaki były tak szczelnie opakowane moskitierami, że nawet najmniejsza mrówka nie miała prawa dostać się do środka, nie mówiąc już o saunie, jaka panowała wewnątrz. Potem wstręt i strach minął, można było spokojnie się rozpakować, by dopuścić trochę powietrza i chłodu nocy.

Teraz już mogę wrócić do tematu dzieciństwa.

Podczas każdego z moich wyjazdów misyjnych, moim głównym zadaniem była praca z dziećmi. Po powrocie do Polski, dwa lata pracowałam jako wychowawca przedszkola, i choć spotkałam w życiu wiele wyjątkowych maluchów, to muszę przyznać, że takich dzieciaków jak w Marauia, nie spotkałam jeszcze w żadnym zakątku świata. Myślę, że to najcudowniejsze miejsce do bycia dzieckiem, choć wiadomo, nie jest to miejsce najbezpieczniejsze, nie brakuje tutaj malarii, trujących roślin czy robaków, które czasem jakiś maluch zje. Skąd więc pomysł, by nazwać to miejsce najwspanialszym?

PRZEŻYJMY RAZEM JEDEN DZIEŃ W MARAUIA

Dzień w wiosce wstaje bardzo wcześnie, gorące poranne słońce nie pozwala długo spać i sprawia, że tuż po przebudzeniu człowiek nie marzy o niczym innym, tylko o zimnej kąpieli w rzece, którą potem w ciągu dnia powtarza się wielokrotnie i jest to też okazja do świetnej zabawy. Wszystkie dzieci są doskonałymi pływakami. Mi osobiście strach nie pozwala oddalić się zbyt daleko od brzegu, gdyż nurt rzeki jest bardzo silny. Dzieciaki natomiast znają to miejsce lepiej niż własną kieszeń, albo lepiej- własną dłoń, gdyż nie wszyscy mają ubrania, więc trudno i o kieszenie. Doskonale wiedzą, gdzie na rzece są wystające głazy, dają się ponieść nurtowi, wiedzą gdzie można się zahaczyć o najbliższy kamień i stamtąd bezpiecznie wracają na brzeg, o strachu nie ma tutaj mowy. Jestem jedyną osobą, która, jak na nauczyciela przystało, bez przerwy przelicza dzieciaki, żeby sprawdzić, czy żadne nie zostało pod wodą. Oczywiście zajęcie to jest całkowicie zbędne.

Po porannej toalecie, nikt nie myśli o śniadaniu, właściwie dla dzieci nie ma pór posiłków, jeśli jest się głodnym, nietrudno znaleźć jakiś owoc w lesie, albo po prostu poprosić mamę o kawałek tapioki (placek zrobiony z mąki i wody). Tutaj nikt nie zmusza do jedzenia i nikt nigdy nie słyszał o jedzeniu „za mamusię i za tatusia”. Tak więc dzieciaki z pustymi brzuchami, od bladego świtu stoją pod naszymi drzwiami, aby towarzyszyć nam w każdej nadchodzącej czynności. Mamy całe mnóstwo prac do wykonania. Pierwszym podstawowym zadaniem jest wysprzątanie domu, by pozbyć się między innymi pająków, takich jak ten w naszym pokoju, a w dalszej kolejności czeka zrobienie porządków wokół domu. W dżungli to bardzo ważne, aby teren wioski był czysty i aby liście były zawsze zagrabione, gdyż pozwala to uniknąć takich niespodzianek, jak na przykład ukryte między nimi węże i żmije. Gdy tylko zabieramy się za pracę, nagle wokół nas robi się ciemno od małych pomocników, którzy z ogromnym zaangażowaniem pomagają grabić liście. Nie brakuje też chłopców z maczetami, wycinających wystające korzenie, a średnia wieku naszych pomocników nie przekracza pięciu lat. Nagrodą za pomoc są ciasteczka i gorąca zupa, którą je się rękami.

Przyglądając się tym dzieciakom, wyobrażamy sobie reakcję rodzica z Polski na widok swojego pięciolatka rąbiącego korzeń maczetą, większą niż on sam. Tutaj nikogo to nie dziwi, to raczej normalne, że chłopcy od najmłodszych lat zdobywają takie umiejętności. Po skończonej pracy przychodzi czas na kolejną kąpiel i chwilkę odpoczynku, żeby potem oddać się zabawie.

Dzieciaki zdumiewają nas swoją kreatywnością, są wychowankami natury, tak więc gonienie za kogutami, łapanie jaszczurek, wspinanie się po drzewach, to tylko niektóre uroki dzieciństwa i wielkiej wolności, jaka jest przywilejem każdego dziecka.

 

Przywieźliśmy ze sobą kilka gier i farby do malowania twarzy, które udało nam się kupić dzięki darczyńcom, którzy wsparli naszą akcję na facebooku i za to BARDZO DZIĘKUJEMY. Dzięki temu mogliśmy się zbliżyć do tych dzieciaków i zjednać sobie ich przyjaźń, ale też dać całą masę radości. Uwierzcie mi, że tak szczęśliwych dzieci, z powodu kilku gier i umalowanej buźki jeszcze nie widzieliście, ja bynajmniej nie widziałam. Tak więc popołudniu wyciągamy cały arsenał gier i aż do zachodu słońca bawimy się razem.

Dla mnie, jako nauczyciela, marzeniem jest pracować z takimi dziećmi. Spróbujcie sobie wyobrazić chustę klanzy, a wokół niej dziesiątki dzieciaków i wszyscy razem zgodnie, bez płaczu, bez krzyku, bez skarg, bez przepychania się grają, tak przez dwie godziny bez żadnej interwencji. Doszło do tego, że sam Szymon był znudzony i prosił o zmianę gry, a dzieciaki dalej miały niezłą frajdę i nikt nie myślał o zmianie. W grę sześcioosobową gra trzydziestka dzieciaków, podobnie, bez najmniejszej skargi. Wystarczy słówko: „kończymy” i wszyscy zgodnie składają każdy najmniejszy element gry i we czwórkę niosą opakowanie, jak najcenniejszy skarb. Jednak najwięcej radości przyniosło malowanie twarzy. Kiedy przyniosłam farby i zobaczyłam kolejkę, jaka się ustawiła w przeciągu dosłownie 30 sekund, wiedziałam, że choćbym i całą noc malowała – nie skończę. Szymon, widząc w jakiej znalazłam się sytuacji, skumulował w sobie wszystkie swoje zdolności plastyczne, szybko przećwiczył malowanie kwiatków i udekorował wszystkie dziewczęce twarze malutkimi kwiatuszkami. Niektóre dzieciaki tego dnia zrezygnowały z kąpieli, aby zachować swój tatuaż choć o jeden dzień dłużej.

W wiosce dość szybko robi się ciemno, nie ma tutaj lamp, znikąd nie dociera światło, jest tylko księżyc. Brat Gulli- włoski misjonarz, montuje żarówkę, odpala generator prądu. Jest… udało nam się wydłużyć ten dzień. Szymon wraz z Waldomirem, który również płynął z nami, wyciągają gitary, tłum dzieciaków zasiada na drewnianych ławkach, uczymy się śpiewać pieśni na uroczystą mszę świętą. Mają świetną pamięć, cały kolejny dzień będą nucić te melodie przy każdej możliwej czynności. A dzisiaj… światło już gaśnie, czas zakończyć ten dzień, każdy wraca do swojego hamaka, by zregenerować siły. Jutro znów będziemy razem… od bladego świtu.